Jak polski rząd rodzinę rozdziela

    Jak polski rząd rodzinę rozdziela

    Alicja Bogiel

    Gazeta Lubuska

    Aktualizacja:

    Gazeta Lubuska

    Irina nie chce wychodzić z domu. Boi się. Nie wie, czy to dziś, czy może za tydzień straż graniczna zapakuje ją do samochodu jak męża i wywiezie. A dzieci zostaną same.
    Rodzina jak każda inna w Polsce - babcia, mama i trójka fajnych dzieciaków

    Rodzina jak każda inna w Polsce - babcia, mama i trójka fajnych dzieciaków ©fot. Tomasz Gawałkiewicz

    Irina, Ani, Alina i Zirajr - rodzina Grigoryan. Na razie bez męża i taty. Geworg mieszka teraz w Armenii. Do Polski długo go nie wpuszczą, wyjazd nie był najprzyjemniejszy.

    - Mąż rano odwoził córkę do szkoły - opowiada Irina. - Otoczyli go strażnicy graniczni, przeszukali. Jak przestępcę. Córka była w szoku. Co pomyśleli o nas sąsiedzi...
    Sąsiedzi nie zauważyli. Ale Geworga pamiętają.

    - W podziemnym garażu stawia auto niedaleko mnie - opowiada jeden z mieszkańców bloku przy ul. Waszczyka w Zielonej Górze. - Dawno go nie widziałem. Ale pamiętam. Uprzejmy, spokojny.

    Zdaniem urzędników, Geworg jest dla Polski zagrożeniem. Dlatego został deportowany. Wcześniej siedział w areszcie deportacyjnym. Dopiero potem do domu przyszła decyzja sądu administracyjnego o cofnięciu natychmiastowej deportacji.

    Takie śliczne czarnulki

    Grigoyanowie przyjechali do Polski w 1994 r. Odwiedzić grób dziadka Iriny w Gubinie. W Armenii była wtedy wojna, przyjechali więc nie tylko na grób. Rok później w Zielonej Górze urodził się Zirajr.

    - Razem z bratem męża założyliśmy w Polsce firmę, sprowadzaliśmy chałwę - opowiada Irina. - Płaciliśmy podatki, zatrudnialiśmy ludzi. Ale to nie był żaden argument... Pierwszy raz odmówili mężowi pozostania w Polsce w 1999 roku. Na granicy czekał akurat tir z chałwą. Ale kogo to obchodziło...

    Geworg wracał do rodziny. To na zaproszenie, to sposobem, to na rosyjski paszport, który wybrał zamiast armeńskiego po rozpadzie Związku Radzieckiego. Aż do ostatniego razu.

    Irina też wyjeżdżała z Polski. Do Armenii, do Rosji. Z rosyjskim paszportem, ale już z polską duszą. - W Armenii napadnięto mnie i siostrę, zrobili to milicjanci w cywilnych ubraniach. Zamiast krzyczeć "milicja", wołałam "policja". Taki nawyk. I to mnie uratowało.

    Polska podoba się Irinie z kilku względów. Tu kobiety traktuje się inaczej. To tu Geworg nauczył się, że żona może mieć swoje zdanie. Pomogła babcia.
    Babcia to Helena Kokowicz. Kiedyś sąsiadka Grigoryanów z ul. Jeleniej. - Pierwsze w oko wpadły mi dzieci - opowiada. - Śliczne, czarnulki. Tylko nic nie mówiły. Myślałam, że niemowy.

    A potem jak się rozgadały...

    Z Iriną poznały się dzięki pietruszce. Pani Helena uprawiała ją w przydomowym ogródku i podarowała sąsiadce. Ta odwdzięczyła czekoladkami. Kokowiczowie zaprosili też sąsiadów na Boże Narodzenie. Jak katolicy katolików (w domu Ormian na honorowym miejscu stoją religijne obrazy). Geworg przyszedł sam.

    - To ja się go pytam, gdzie Irina i dzieci? A on nic nie rozumie. Musiałam mu wyjaśnić, że w Polsce zaprasza się całą rodzinę - opowiada pani Helena.

    Irina lubi polskie święta. I polską religijność. Całą rodziną jeżdżą na pielgrzymki. - A chce pani zobaczyć nasze zdjęcia z komunii świętej? - dopytuje się kilkunastoletnia Ani.

    Armenia kochana, ale...

    Ani i Alina - zielonogórskie gimnazjalistki - nie potrafią wyobrazić sobie tego, że mogłyby właśnie wychodzić za mąż. - A tak właśnie byłoby w Armenii. Chociaż to nie jest kraj muzułmański - tłumaczy Irina.

    Mówią, że Armenia kochana, ale... - Moja mama ma tam 30 złotych renty, a zarabia się tam średnio cztery dolary tygodniowo - opowiada Irina. - Mam niepełnosprawnego brata, chcę rodzicom pomagać.

    - U nas w Polsce jest ładniej i lepiej - mówi z przekonaniem Zirajr.

    Zirajr jak każdy Polak kibicuje naszej drużynie w piłce nożnej (to jego ulubiony sport, chodzi do szkoły sportowej). Zna też wierszyk "Kto ty jesteś? Polak mały". Nawet mu do głowy nie przyjdzie coś podobnego po armeńsku.

    - Polscy urzędnicy twierdzą, że jest Rosjaninem, bo był wpisany do mojego rosyjskiego paszportu. Ale on jest bezpaństwowcem. Urodzonym w Polsce - przekonuje mama chłopca.

    Polski rząd chce, by Zirajr wyjechał z kraju. Nie napisał mu jednak, jak i gdzie. - Bo co mieli napisać? - denerwuje się pani Helena. - Gdzie go deportują? Żaden kraj go nie przyjmie.

    Irinę Rosja przyjmie na pewno. Dlatego jej polski rząd napisał, że ma dwa tygodnie na wyjazd, a potem czeka ją deportacja.
    Dwa tygodnie już minęły.

    Papier na szczęście

    Ani i Alina wyjechać nie muszą. Dziewczynki z dumą pokazują swoje dokumenty pobytu ważne kolejne dwa lata. - Prawie jak dowód - mówią.

    Ani dobrze zna się na dokumentach dla cudzoziemców. Na prawie też coraz lepiej. - Kiedyś chciałam być prawniczką, prokuratorem wojskowym - mówi. - Ale teraz myślę, że może lepiej być tłumaczką.

    Ani chodzi do trzeciej klasy Gimnazjum nr 7 w Zielonej Górze. Uczy się świetnie. - Zawsze uśmiechnięta, sympatyczna, ma tu przyjaciół - mówi dyrektor szkoły Lidia Kocąka. - Mogę o niej mówić w samych superlatywach.

    Do rodziny Grigoryanów pani dyrektor też zarzutów nie ma, bo "mama bardzo udziela się w szkole". A rodzice innych dzieci zachwalają: - Irina robi takie gołąbki z liści winogron, że palce lizać.

    Wszyscy dziwią się, że polskie władze chcą, by mama Ani wyjechała: - Dziewczynę czekają teraz egzaminy, ona potrzebuje matki.

    Dyrektor Gimnazjum nr 1, gdzie uczy się Alina - Roman Łuczkiewicz - dodaje: - O rodzinie za dużo nie wiem, ale dziewczynka świetnie się tu zaaklimatyzowała. Wszyscy jesteśmy całym sercem za tym, by tu została.

    W "dziesiątce", gdzie uczy się Zirajr, też nie mogą się chłopca nachwalić.
    Dzieciaki i mama w porządku, tylko dokumentów w porządku nie mają.

  • "Wojewoda nie miał możliwości innego rozstrzygnięcia sprawy, niż takie, jakie nakazują przepisy prawa, co zostało potwierdzone zarówno przez rozstrzygnięcie organu drugiej instancji jak i WSA" - pisze o sytuacji rodziny Grigoyan Paweł Klimczak, zastępca dyrektora Wydziału Spraw Obywatelskich i Cudzoziemców Lubuskiego Urzędu Wojewódzkiego.

    - Z punktu widzenia artykułów polskiego prawa decyzje wojewody są w porządku - przyznaje adwokat prowadzący od roku sprawę Iriny Jacek Kochaniak. - Ale są jeszcze konwencje międzynarodowe, prawa dziecka. Urzędnicy nie powinni rozdzielać rodzin i taki jest duch prawa. I nikomu by to nie zaszkodziło. To spokojna rodzina. Nigdy nawet nie korzystała z pomocy polskiego rządu, sama dawała coś od siebie innym.

    Urzędnicy o rozdzielaniu rodziny nie chcą się wypowiadać, "ze względu na rozległość tematyki i złożoność regulacji prawnych oraz obszerność i charakter materiału dowodowego".

    Przyznają, że w polskiej konstytucji jest ochrona rodziny i praw dzieci, ale od tej zasady są wyjątki. Na przykład cudzoziemcy.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Nasze akcje

    IX edycja NASZE DOBRE LUBUSKIE 2016

    IX edycja NASZE DOBRE LUBUSKIE 2016

    Obejrzyj serial dokumentalny

    Obejrzyj serial dokumentalny "Tajemnice Państwa Podziemnego"