Marcin Gortat: To dla mnie ostatni rok, by coś wygrać z...

    Marcin Gortat: To dla mnie ostatni rok, by coś wygrać z reprezentacją Polski

    Tomasz Biliński (aip)

    Gazeta Lubuska

    Aktualizacja:

    Gazeta Lubuska

    Prawie na pewno kończę z kadrą. Chyba że awansujemy na kolejne turnieje - mówi Marcin Gortat, gracz Washington Wizards i reprezentacji Polski.
    - Będzie Pan grał w tym sezonie w reprezentacji Polski?
    - Tak, ale z powodu przepisów NBA dołączę do drużyny 1 sierpnia, kilka dni po rozpoczęciu zgrupowania. Nie oznacza to jednak, że nie będę do tego czasu trenował. Po campach dla młodzieży, które zakończą się 19 lipca meczem mojego teamu z drużyną Wojska Polskiego będę miał przymusowy odpoczynek. Ale zapewniam, że podczas niego też nie będę leżał na kanapie.
    Jestem w stałym kontakcie z Mikiem Taylorem. Był naszym stałym kibicem na meczach Wizards! W międzyczasie uczestniczył w różnych szkoleniach, podpatrywał treningi. Wywarł na mnie ogromne wrażenie. Cały czas chce się rozwijać. Wielokrotnie była zatem okazja, by porozmawiać.

    - To naprawdę może być Pana ostatni sezon w kadrze?
    - Prawie na pewno. Chyba że zakwalifikujemy się na kolejne turnieje. Wtedy postaram się kontynuować karierę reprezentacyjną. Ale wierz mi, nie jest to łatwe rozegrać 100 meczów w NBA i jeszcze 25 w kadrze. Mam jedno zdrowie i już 31 lat. Ale spokojnie, za plecami czai się Przemek Karnowski. Być może to jest ten czas, by ustąpić mu miejsca, tak jak kiedyś zrobili to dla mnie Piotr Szybilski, Kordian Korytek czy Rafał Bigus. Ale mogę zostać asystentem trenera... (śmiech).

    - Jakie ma Pan oczekiwania wobec mistrzostw Europy, które we wrześniu odbędą się we Francji? Dwa lata temu wygraliście tylko jeden mecz.
    - Nie wracajmy do tego. Wtedy była inna drużyna, inne wszystko. Teraz pojedziemy zagrać najlepszą koszykówkę, ale nie wiem, czego się spodziewać. Grupę mamy trudną. Ale Mike jest Amerykaninem, buduje system, żeby wybić nasze atuty. Gra będzie ustawiona pode mnie. Choć jak to będzie wyglądać, na razie trudno powiedzieć. Na pewno nie rozrysowywałem mu taktyki (śmiech). Wszystko zależy od jego wizji. Koszykówka amerykańska a europejska to jednak dwie różne rzeczy. Inne boisko, przepisy. W Europie można grilla pod koszem rozpalić, a nikt nie gwizdnie trzech sekund.

    - W kadrze jest A.J. Slaughter. Naturalizowanie zawodników to Pana zdaniem dobra droga?
    - Powiem tak: moja kariera jest bliżej końca niż początku i tak samo etap z kadrą. Co zrobi reprezentacja, by osiągnąć sukces, mnie nie interesuje. Ja chcę osiągnąć sukces i zrobię wszystko, co w mojej mocy. Jeśli ktoś może mi w tym pomóc, to ja to akceptuję. OK, Slaughter nie ma żony Polki, ale jeżeli przez trzy, cztery lata będzie nam pomagał na boisku, a ktoś się od niego czegoś nauczy, to nie mam z nim problemu? Przecież nie dajemy mu ciężarówki złota, żeby z nami grał. Dostał paszport, dzięki któremu łatwiej mu będzie o angaż w Europie. Nic złego nam nie zrobi. To dobry ruch. Choć jeszcze go nie widziałem, oprócz tego, że na zdjęciu.

    - Będzie Pan kapitanem kadry?
    - Jeśli wybierze mnie drużyna, to OK. To ona powinna decydować Nie rozumiem dyskusji, że powinien być nim ten, kto rozegrał najwięcej meczów. Tak samo jest w piłce nożnej. Przecież liczba spotkań nie oznacza, czy ktoś jest liderem.

    - Jaki był dla Pana miniony sezon w Washington Wizards?
    - Jeden z najcięższych jakie miałem w karierze. Pod względem rezultatu minimum zrobiliśmy, bo podobnie jak przed rokiem, doszliśmy do drugiej rundy play-offów. Mimo to pozostał niedosyt. Plany pokrzyżowała nam kontuzja Johna Walla. Jego dłoń była złamana w pięciu miejscach, a my dowiedzieliśmy o tym dopiero po kilku dniach. John podjął ryzyko, ale niemożliwe jest, by rozgrywający grał tylko jedną ręką. Telefonu nie mógł w niej utrzymać, a co dopiero operować piłką. Bez największej gwiazdy drużyny nie da się przejść rywala. Można wygrać jeden, dwa mecze, ale zwycięstwo w rywalizacji jest wykluczone. Gdyby John był zdrowy, awansowalibyśmy. Wcześniej pokazaliśmy się z fajnej strony, wygrywając z Toronto Raptors 4:0.

    - A indywidualnie? Dziennikarze w Waszyngtonie ocenili Pana na B- (amerykańska skala od A do F, gdzie A jest najlepszą, a F najgorszą oceną).
    - Nie zwracam uwagi na te oceny. To rzecz, która nie ma odzwierciedlenia na koszykówkę. Jeśli gralibyśmy w finale i dostałbym C-, to znaczyłoby, że źle zagrałem? W końcu byliśmy w finale! B- jest bardzo dobrą oceną, ale dla mnie to żadne pocieszenie, bo nie doszliśmy nawet do finału Konferencji. Sezon będzie dla mnie dobry, jeśli zajdziemy dalej niż w ostatnich dwóch. Ten miniony oceniam zatem jako średni. Wierzę, że mogę grać lepiej.

    - Czemu się nie udało?
    - Było kilka zmian, które nie wpłynęły na mnie dobrze. Był okres, gdy nie byłem w pełni skoncentrowany, ale to tylko moja wina i nie chcę do tego wracać. Kiepsko też zakończyłem grę. Mecz z Hawks, który okazał się ostatnim, był dla mnie 100. występem w sezonie. Tuż przed nim czymś się zatrułem. Nie wiedziałem jak się nazywam. Poza tym nie mam już 18 lat. Zaczynam być ograniczony fizycznie. To nie te czasy, że po treningu szedłem na siłownie, a potem jeszcze poćwiczyć indywidualnie. Teraz staram się energie kumulować na mecze. Mimo to i tak co jakiś czas coś mi dolega. A muszę być w stanie zagrać jeszcze przynajmniej cztery lata. Tyle zostało do końca kontraktu. Gdy go podpisałem, zmienił się mój cykl treningowy. Nie chcę grać przez pół sezonu, a pół być kibicem.

    - Mało brakowało, żeby zagrał Pan w Meczu Gwiazd NBA.
    - To było coś niesamowitego. Dziękuję wszystkim, którzy na mnie głosowali i zachęcali do tego innych. Dzięki temu w tygodniu poprzedzającym ogłoszenie wyników głosowania przeżyłem prawdziwy rollercoaster. Miałem zabukowane wakacje, ale gdy okazało się, że mogę zagrać, musiałem wszystko odwoływać. Szkoda, że ostatecznie się nie udało. Ale jeszcze nic straconego. Jeśli dobrze rozpocznę kolejny sezon i pojawi się szansa, by wziąć udział w All Star Game, to zrobimy duża kampanię, by się udało.

    - Pewnie dużo zależy od tego, jak będzie wyglądał zespół w nowym sezonie. Paul Pierce w końcu odchodzi z Wizards.
    - To niesamowity i doświadczony zawodnik. Sprawił, że czułem się pewniej na boisku. Z kolei w przypadku Nene, jak go lubię, tak wiele rzeczy na parkiecie z nim nie działa. Odbieramy swoje atuty. Jest możliwość, że ściągniemy zawodnika, który będzie rzucał za trzy, dzięki czemu rozciągniemy naszą grę. Razem z Johnem byliśmy najlepszym duetem w lidze. Nasza współpraca musi być kontynuowana.

    - Jaka jest Pana rola w drużynie?
    - Niezdefiniowana. Nie jestem twarzą drużyny. To John Wall, po nim jest Bradley Beal. O nich się mówi, a nie o Gortacie, który ma ponad 30 lat. Swoje robię na parkiecie, a poza nim mam kontrolować młodych zawodników. To ja idę ich zrugać, gdy zrobią coś źle. Czasem muszę krzyczeć, przez co jestem potem nielubiany, ale taka moja rola. To ja jestem wyższy, niby potężniejszy, który musi im wszystko wytłumaczyć.


    Motoryzacja do pełna! Ogłoszenia z Twojego regionu, testy, porady, informacje

    Czytaj także

      Komentarze

      Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      GazetaLubuska.pl poleca:

      Pokażcie klasę 0-3 [Ranking]

      Pokażcie klasę 0-3 [Ranking]

      Pokażcie klasę 4-7 [Ranking]

      Pokażcie klasę 4-7 [Ranking]

      Rada rodziców na medal [ZAGŁOSUJ]

      Rada rodziców na medal [ZAGŁOSUJ]