Wspomnienia weterana z dywizji pancernej gen. Maczka

    Wspomnienia weterana z dywizji pancernej gen. Maczka

    Tomasz Czyżniewski 68 324 88 34 tczyzniewski@gazetalubuska.pl

    Gazeta Lubuska

    Aktualizacja:

    Gazeta Lubuska

    Zmorą w Normandii były tumany kurzu, który osiadał wszędzie i utrudniał pracę urządzeń. - A wieża czołgowa w shermanie musiała się obrócić dookoła w najwyżej 15 sekund. Jeżeli trwało to dłużej, trzeba było wymieniać napędzający ją silniczek - opowiada Jan Kudła.
    Pamiątkowe zdjęcia z Bredy. Od prawej: Jan Kudła wraz z kolegami Klimowiczem i Gryszelem.

    Pamiątkowe zdjęcia z Bredy. Od prawej: Jan Kudła wraz z kolegami Klimowiczem i Gryszelem. ©fot. Archiwum domowe

    Od tego zależało życie załogi i sprawność bojowa czołgu. A zdarzało się, że wieża na pełen obrót potrzebowała aż 25 s. - To był najczęstsza awaria podczas walk we Francji - wspomina Kudła, dziś ppłk, w 1944 r. st. szer. w 1. Dywizji Pancernej gen. Stanisława Maczka.

    - Walczył pan w najsłynniejszej i najkrwawszej bitwie dywizji pod Falaise i Chambois? - pytam kombatanta.
    - I tak, i nie - odpowiada.
    - ???
    - W wojsku miałem specjalność elektryk pojazdów mechanicznych. Zajmowałem się naprawami urządzeń w samochodach i czołgach - tłumaczy Kudła. - Nasza kompania warsztatowa liczyła 400 ludzi. Ja jeździłem w pięcioosobowym patrolu naprawczym. W nowoczesnej armii ktoś musi dbać o sprzęt.
    Operowaliśmy kilka kilometrów od linii walk, oceniając, co można zrobić z uszkodzonym sprzętem. Naprawić na miejscu, odstawić do warsztatów czy zostawić. Dlatego do Niemców nie strzelałem. Dbałem o sprzęt, żeby mogli to robić inni.

    Walki we Francji

    1. Dywizja Pancerna Maczka w lipcu 1944 została skierowana pod Londyn, gdzie uzupełniono brakujący jeszcze sprzęt. Liczyła wtedy 855 oficerów i 15.210 szeregowych. Na wyposażeniu miała 381 czołgów, 473 działa i ponad 4.000 pojazdów mechanicznych. To była najsilniejsza jednostka taktyczna w polskim wojsku na zachodzie. Nie była przewidziana do pierwszego etapu inwazji w Normandii. Na kontynent została przerzucona dopiero na przełomie lipca i sierpnia.
    - Lądowaliśmy w naprędce zbudowanym porcie - opowiada Kudła. - Uszkodzone statki i barki zatopiono w morzu i na nich zamontowano prowizoryczne rampy, po których zjeżdżał sprzęt wyładowywany ze statków.

    8 sierpnia 1944 dywizja ruszyła do natarcia w kierunku Falaise. "Idąc do pierwszej bitwy, będziemy żądali rachunku za całe pięć lat tej wojny. Za Warszawę, za Kutno, za Westerplatte za setki i tysiące bezbronnych ofiar, które zginęły z ręki zaborcy. (...) Nie znaczy to jednak, że macie stosować barbarzyńskie metody walki. Bijcie się tak, jak bił się zawsze żołnierz polski w ciągu całej naszej historii. Bijcie się twardo i po rycersku" - pisał Maczek w specjalnym rozkazie.
    Walki w rejonie Falaise i Chambois trwały ponad dwa tygodnie. Jak się okazało, była to największa bitwa z udziałem Polaków podczas kampanii w zachodniej Europie. Alianci otoczyli niemieckie dywizje pancerne, a Polacy byli przysłowiowym korkiem ostatecznie zatykającym pułapkę na przeciwnika. Straty były jednak duże.

    - Przez trzy dni polskie oddziały walczyły również w okrążeniu. My mogliśmy tylko siedzieć i czekać - wspomina Kudła. - Jak dotarliśmy na miejsce walk, to nie było co zbierać. Tylko porozbijane samochody i czołgi. Polskie i Niemieckie. Większość nadawała się jedynie na złom.

    Honorowy obywatel

    Po kilku dniach odpoczynku dywizja Maczka ruszyła w kierunku Belgii. W końcu dotarli do Bredy. Tu byli bardzo ciepło witani. - Belgowie się cieszyli. To było prawdziwe wyzwolenie - przyznaje Kudła. - Generał Maczek w Bredzie sam wprowadził do ratusza burmistrza, który przez całą okupację ukrywał się przed Niemcami. Chcąc nam podziękować, Breda nadała wszystkim żołnierzom Maczka honorowe obywatelstwo.

    Weteran dobrze wspomina swego dowódcę. Maczek lubił rozmawiać z żołnierzami. Chodził po jednostce i wszędzie zaglądał. - Rozumiał żołnierzy i był bardzo otwarty. Ze mną rozmawiał dwa razy. Na prywatne sprawy, bo od służbowych miał naszych dowódców. Ale o czym, to już nie pamiętam - śmieje się Kudła.

    Podróż dookoła świata

    Zanim jednak nasz bohater trafił do Maczka, objechał pół świata. Tysiące kilometrów.
    Kudła, rocznik 1925, w 1939 r. mieszkał w Wiśniewczyku niedaleko Tarnopola. Po agresji 17 września tereny te zajęli Rosjanie. W ZSRR cała rodzina była podejrzana, bo ojciec Stanisław był osadnikiem wojskowym z 1920 r. 10 lutego 1940 rodzina została deportowana przez NKWD na Syberię. Jan trafił za Ural, w okolice Świerdłowska. Karczował lasy, zbierał żywicę i mchy.
    - Zesłali pana za to, że był pan Polakiem, czy za coś innego?
    - Za samo bycie Polakiem. Gdybym coś narozrabiał, to dzisiaj byśmy nie rozmawiali - uśmiecha się. Pytanie jest zasadne, bo po wojnie Kudła został skazany na 15 lat więzienia za działalność antykomunistyczną.

    Zsyłka trwała ponad półtora roku. W grudniu 1942, zwolniony na podstawie amnestii, trafił do Polskiej Szkoły Junaków przy formowanej w ZSRR 7. Dywizji Piechoty w Tockoje. I wraz z armią Andersa wyjechał do Iranu. - Byłem za młody, żeby zostać żołnierzem, ale jako junak miałem już angielski mundur. Zostaliśmy przemundurowani w Taszkencie - wspomina. Będąc w Teheranie, mógł już zostać żołnierzem. Wciąż był jednak daleko od walk. - Przydzielono mnie do jednostki eskortującej jeńców - tłumaczy. Chodzi o żołnierzy niemieckich wziętych do niewoli podczas walk w północnej Afryce. Trafili do południowej Afryki. W porcie w Durbanie jeńcy wraz z eskortą zostali załadowani na statek i przewiezieni do Halifaxu w... Kanadzie. - Płynęliśmy francuskim statkiem pasażerskim Pasteur, przystosowanym do przewozu wojsk - wspomina Kudła. - Chyba tylko w Australii nie byłem.

    W Kanadzie spędził zaledwie kilka dni. Tym razem na Pasteura zaokrętowali się żołnierze z kanadyjskiej dywizji pancernej. I wyruszyli do Szkocji. Teraz już w silnym konwoju kilkudziesięciu okrętów. Wszystkie bezpiecznie dotarły do Glasgow. To był 8 października 1942.

    Byłem spadochroniarzem

    Przez półtora roku Kudła szkolił się do walki z okupantem. - Ciągle mieliśmy jakieś ćwiczenia. Odbyłem kilka kursów specjalistycznych obsługi sprzętu - opowiada i wyjmuje teczkę z dokumentami. Wśród nich jest pismo z brytyjskiego ministerstwa obrony, wyliczające wszystkie jednostki, w których służył. - Przez pewien czas byłem nawet spadochroniarzem w 1. Polskiej Samodzielnej Brygadzie Spadochronowej, która walczyła później pod Arnhem. Oddałem nawet 12 skoków. Mocno nas ćwiczyli.

    Wśród spadochroniarzy Kudła był przez dziesięć miesięcy. Później trafił na kurs kierowców i następnie elektryków. Został przydzielony do dywizji Maczka.
    - Wie pan, na zachodzie służba wojskowa nie była tak ciężka, jak na wschodzie - dodaje. - Stosunek do żołnierza był inny, dbano o jego życie. Mam porównanie, bo wojna bardzo rozrzuciła moją rodzinę. Mój ojciec, jego brat i dwóch wujków służyło w I armii WP. A na zachodzie, oprócz mnie, był drugi brat ojca i dwóch wujków. Wszyscy służyliśmy u Maczka.

    Kudła wrócił do Polski i został wysłany w 1946 r. z misją specjalną. Jako "Ryś" zakładał komórki WiN w Wielkopolsce. Później był członkiem Polskiej Tajnej Organizacji Wojskowej. Aresztowany w 1951 r., został skazany na 15 lat więzienia.

    Czytaj treści premium w Gazecie Lubuskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (3)

    Wszystkie komentarze (3) forum.gazetalubuska.pl

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    GazetaLubuska.pl poleca:

    Wideo