Rządzi nami rynek

    Zbigniew Borek

    Gazeta Lubuska

    Aktualizacja:

    Gazeta Lubuska

    BOGUSŁAW BUKOWSKI, ukończył socjologię na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu, tam obronił pracę doktorską o ekspansji liberalnej demokracji.

    BOGUSŁAW BUKOWSKI, ukończył socjologię na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu, tam obronił pracę doktorską o ekspansji liberalnej demokracji. ©fot. Katarzyna Chądzyńska

    Rozmowa z BOGUSŁAWEM BUKOWSKIM, socjologiem z Gorzowa
    BOGUSŁAW BUKOWSKI, ukończył socjologię na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu, tam obronił pracę doktorską o ekspansji liberalnej demokracji.

    BOGUSŁAW BUKOWSKI, ukończył socjologię na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu, tam obronił pracę doktorską o ekspansji liberalnej demokracji. ©fot. Katarzyna Chądzyńska

    - Czy Polska jest teraz liberalna, czy też solidarna?
    - To podział uproszczony pod potrzeby polityczne, żebyśmy mogli bez wysiłku opowiedzieć się po którejś ze stron. Jeśli się nim posługiwać, powiedziałbym, że obserwujemy obronę solidarności przed liberalną demokracją.

    - Tą samą, która zbudowała dobrobyt zachodniej Europy po II wojnie?
    - Nie, jej już nie ma - ani w Europie Zachodniej, ani tym bardziej u nas.
    Ona opierała się na rynkach wewnętrznych, silnym państwie i demokracji parlamentarnej, które są teraz w głębokim kryzysie. Rynki wewnętrzne przegrały z globalizacją. Państwo nie jest w stanie kontrolować nawet swojego pieniądza, bo jego wartość ustala giełda w powiązaniu z innymi walutami. A ludzie coraz mniej interesują się wyborami i polityką.

    - Dlaczego?
    - Partie stają się elementem rynku, pojawiło się nawet takie pojęcie, jak marketing polityczny. Politycy hołdują naczelnej zasadzie rynkowej, czyli poszukiwaniu jak największej liczby ,,klientów''. Siłą rzeczy największa grupa leży w centrum. Chcąc ją zagarnąć, partie budują zbliżone do siebie programy. Tracą swój charakter, jedna robi się podobna do drugiej. Ludzie przestają dostrzegać różnice, nie widzą więc sensu dokonywania pomiędzy nimi wyboru. Wpływ ugrupowań politycznych na nasze życie jest mniejszy niż się wydaje liderom partyjnym także dlatego, że osłabione instytucje państwa nie są w stanie załatwić naszych spraw. Obywatel szuka innych rozwiązań, np. w wyborach lokalnych, czyli politycznym rynku, nie stawia na partie, lecz na osoby znane ze swej skuteczności.

    - Twierdzi pan, że obywatele odsuwają się od państwa, bo nie wierzą w jego skuteczność? A może to wina wysokich podatków czy też np. zaostrzenia przez obecny rząd kursu wobec uczniów?
    - To próba odbudowy znaczenia państwa i jego wpływu na życie obywateli. Dziś przeciętny, zwłaszcza młody człowiek coraz mniej czuje się obywatelem Polski, mieszkańcem Gorzowa czy Zielonej Góry, a bardziej członkiem grupy użytkowników internetu, gejów, zwolenników ochrony środowiska. To są całkiem nowe tożsamości, którym silne państwo nic nie oferuje. Nie pasują też one do liberalnej demokracji na dawną modłę zachodnią, z silnym poczuciem socjalnego bezpieczeństwa.

    - Co z tego wynika?
    - Niektórzy analitycy, jak Anthony Giddens, mówią, że żyjemy w społeczeństwie ryzyka. Coraz mniejsze znaczenie ma miejsce urodzenia, pochodzenie, wykształcenie. Nasza pozycja nie jest nam dana raz na zawsze, musimy o nią walczyć dzień w dzień. Mało znaczą już osiągnięcia, które mamy za sobą. Liczą się tylko te przed nami.

    - To może człowieka wykończyć...
    - Na dobre skończył się świat, jaki znaliśmy, a każdej radykalnej zmianie towarzyszy panika. Czujemy się jakby grunt usuwał się nam spod nóg. Podobne uczucie towarzyszyło ludziom żyjącym na przełomie średniowiecza i nowoczesności. Wtedy też kończył się świat, który ówcześni znali, a dziś z naszej perspektywy mówimy, że to był proces rozwoju. Życie w społeczeństwie ryzyka jednego może wykończyć. Dla tego jednak, który potrafi skoncentrować się na walce, to może być droga do wielkiego sukcesu i spełnienia. Każdy z nas na co dzień rozstrzyga w sobie dylematy, czy być solidarnym, czy liberalnym: spędzić wolny czas z rodziną albo wziąć dodatkową pracę, żeby zarobić jeszcze parę groszy.

    - I nie ma trzeciej drogi?
    - Widać ją dobrze przy okazji szczytów antyglobalistów czy marszów równości. To są propozycje opozycyjne tak wobec życia w społeczeństwie ryzyka, czyli kariery kosztem bliskich, przyjaciół i zdrowia, jak i tradycyjnych wartości: religii, rodziny, państwa.

    - Pojedynczy człowiek ma więc jeszcze coś do powiedzenia?
    - Może np. prowadzić blog w internecie, czyli wyrażać swoje poglądy publicznie. Jego siła rażenia jest nieporównanie mniejsza niż tzw. oficjalnych mediów. Z drugiej jednak strony dla realizacji konkretnych celów, jak protest polityczny czy blokada inwestycji szkodliwej dla środowiska, powstają struktury sieciowe. Są bardzo skuteczne, bo działają na zupełnie innych zasadach niż oficjalne: nie mają lidera, skupiają tylko ochotników, mają dużo większą motywację. Nawet jednak te nasze pozornie wolne wybory stają się z czasem produktem rynkowym. Jeśli pojawiają się nowe tożsamości antysystemowe: hippisi, punki czy antyglobaliści, od których młodzież czerpie wzory, to rynek szybko oferuje muzykę czy inną kultową dla nich twórczość, gadżety itd. Rynek wręcz produkuje nisze: chcesz być skinem czy satanistą, miłośnikiem Barbi czy oazowcem, proszę, oto zestaw dla ciebie! Tak naprawdę nie wybieramy niczego sami, lecz przebieramy w rynkowej ofercie.

    - Dziękuję.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Tagi:

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Nasze akcje

    Wideo