Te dźwięki dają siłę

    Te dźwięki dają siłę

    Bożena Bryl

    Gazeta Lubuska

    Aktualizacja:

    Gazeta Lubuska

    Wystarczy lekkie uderzenie w tybetański gong, żeby odpowiedział z siłą, której wibracje rozchodzą się po całym pokoju

    Wystarczy lekkie uderzenie w tybetański gong, żeby odpowiedział z siłą, której wibracje rozchodzą się po całym pokoju ©zdjęcia Katarzyna Chądzyńska

    Złociste misy wyglądają pospolicie. Ale wydobywa się z nich głos, który wibracjami rozchodzi się po ciele.
    Wystarczy lekkie uderzenie w tybetański gong, żeby odpowiedział z siłą, której wibracje rozchodzą się po całym pokoju

    Wystarczy lekkie uderzenie w tybetański gong, żeby odpowiedział z siłą, której wibracje rozchodzą się po całym pokoju ©zdjęcia Katarzyna Chądzyńska

    Na wsi pod Torzymiem mieszka od niedawna. - To przypadek, że tu trafiłam - zaznacza Małgorzata Musioł i zaraz dodaje, że w przypadki nie wierzy. Od dawna marzyła, żeby staremu, opuszczonemu domowi uratować duszę i znalazła go w Garbiczu.

    - Byłam tu przejazdem z Poznania do Berlina, u jednego z naszych kursantów i zobaczyłam umierający budynek - opowiada. Od razu wiedziała, że ten dom czeka na nią.
    Jeśli to był przypadek, to przypadkiem było także, że właśnie był na sprzedaż. Od tamtego czasu minęło siedem lat. Przez kolejne pięć z pomocą rodziny i przyjaciół remontowała, odnawiała i wyposażała swój dom. Dwa lata temu wprowadziła się do niego i stworzyła tu Centrum Masażu i Terapii Dźwiękiem "Nada Brahma".

    Znikają lęki

    Teraz ten piękny, ale nieduży budynek jest pełny ciepła i niepowtarzalnego klimatu. Pachnie w nim kawą z imbirem i kurkumą, a powietrze jest przesiąknięte aromatem Wschodu. W jednym z pokoi - na stojaku - wielki gong tybetański, wokół niego na podłodze leżą metalowe miski różnej wielkości. Jedną z nich pani Małgorzata nam podaje i leciutko uderza w nią pałeczką.

    Początkowo rozlega się ledwo słyszalny dźwięk, który po chwili nabiera mocy, a przez rękę do pleców zaczynają przechodzić mrowiące wibracje. - Każda z mis służy do masażu innych części organizmu - mówi. Jedne kładzie się na stopach, inne na brzuchu czy głowie. - U zdrowego człowieka terapia dźwiękiem wspiera rozwój wewnętrznej harmonii, daje energię i wyzwala siły twórcze - opowiada terapeutka. W przypadku choroby łagodzi dolegliwości natury fizycznej, psychicznej i umysłowej. Usuwa stres, kłopoty i lęk. To podstawa ożywienia i wzmocnienia samo uzdrawiających zdolności organizmu.

    Wiara, tradycja i nauka

    Metodę opracował Niemiec Peter Hess, którego M. Musioł jest uczennicą. - Peter przez wiele lat prowadził badania w Nepalu i w Tybecie, a zdobytą wiedzę weryfikował naukowo z fizykiem prof. dr. Gertem Wegnerem - opowiada pani Małgorzata. Ich wspólne eksperymenty o oddziaływaniu tradycyjnej muzyki na psychikę i ciało człowieka są podstawą tej metody.

    Podczas wieloletniej praktyki Peter Hess dostosował praktyki Wschodu do potrzeb ludzi Zachodu. Wyniki jego pracy przekazywane są w grupach szkoleniowych w Niemczech i za granicą, także w Polsce. M. Musioł prowadzi takie szkolenia. Sama wielokrotnie była w Nepalu.

    - Tam świat jest namacalnym dźwiękiem od tysięcy lat - opowiada. Towarzyszy ludziom podczas modlitwy i w codziennym życiu. Według ich wyobrażeń człowiek powstał z dźwięku, więc sam jest dźwiękiem. Dlatego jest dla nich tak ważny. Już ponad 5000 lat temu wiedza o oddziaływaniu dźwięku na człowieka znalazła zastosowanie w hinduskiej sztuce uzdrawiania. -
    Ja nie leczę, ja tylko pomagam wejść w stan głębokiego, ożywczego relaksu, który wprowadza harmonię do organizmu - zastrzega Małgorzata Musioł. Kiedy ją burzy pośpiech codziennego życia, kłopoty i stresy, zaczynają się problemy ze zdrowiem. Tymczasem masaż misami dźwiękowymi wprowadza w stan świadomości między jawą i snem, dlatego daje bardzo głębokie odprężenie.

    Bo tak miało być

    Terapeutka mówi, że w świat terapii dźwiękiem zaprowadził ją przypadek. Osiem lat temu weszła w Amsterdamie do księgarni i zatrzymała się w dziale z literaturą o religiach całego świata. Były tam też różne przedmioty kultu, ale jej w oczy rzuciła się maleńka, niepozorna miseczka. - Nie wiedziałam, skąd pochodzi, ani do czego służy, nie wiedziałam też dlaczego uderzyłam w nią palcem - opowiada. Dźwięk, który z niej popłynął sprawił, że koniecznie chciała ją mieć. Dlatego zabrała ją do domu w Niemczech. Potem był kolejny przypadek. Podczas porządkowania komody trafiła na gazetę z artykułem o instytucie Petera Hessa i udało jej się z nim porozmawiać.

    Trzy miesiące później, przez przypadek, spotkała go na targach zdrowego życia w Zagłębiu Ruhry. Podeszła i powiedziała, że jego metodę chciałaby pokazać swoim rodakom w Polsce, a on odpowiedział: OK, pojedziemy tam. W 1999 roku razem wybrali się na spotkanie do Poznania. A wracając zajechali do Garbicza...

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Tagi:

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Nasze akcje

    Wideo