Przenosiny jak wyrok

    Przenosiny jak wyrok

    TOMASZ RUSEK

    Gazeta Lubuska

    Aktualizacja:

    Gazeta Lubuska

    250 osób podpisało protest przeciw likwidacji oddziału zakaźnego przy ul. Warszawskiej. - Nie chcemy jeździć na leczenie do Poznania, Szczecina czy Zielonej Góry! - denerwują się. A dyrektor szpitala Leszek Wakulicz wcale ich nie uspokaja: - Nie wiem jeszcze, co będzie z tym oddziałem. Ale skoro ludzie chcą się już dziś bać na zapas, to nie mogę im zabronić.
    Lista to cztery kartki A4 zapisane po obu stronach drobnym maczkiem: imię, nazwisko, adres popierającego protest. Prawie 250 podpisów. Ludzie z Gorzowa, Drezdenka, Skwierzyny, Dobiegniewa, Kostrzyna, Witnicy... - Łączy nas strach. Wszyscy boimy się o zdrowie - mówi gorzowianka Grażyna Jakubowska, która też podpisała protest.

    Przenosiny jak wyrok

    Zakaźny znajduje się teraz przy ul. Warszawskiej, ale ma być przeniesiony do budynku przy Dekerta.
    Wszystko w ramach reorganizacji, która ma pomóc szpitalowi wyjść z długów. Jednak według pacjentów przenosiny równają się likwidacji oddziału. - Zamiast łóżek będzie co najwyżej poradnia. Czyli jak ktoś zachoruje, w Gorzowie dostanie receptę i poradę, ale leżeć będzie musiał w innym mieście. To dla nas dramat! - mówi w imieniu pacjentów Kazimierz Fogler. Przez marskość wątroby jest przy Warszawskiej częstym gościem od 13 lat. Nie wyobraża sobie leczenia całymi tygodniami w obcym mieście, z dala od rodziny. - Poza tym ten oddział jest tu od pół wieku! I nagle nie ma na niego pieniędzy?! - nie może się nadziwić gorzowianin.

    Nikt nic nie wie

    Danuta Śmiglak, zastępczyni ordynatora, nie wie, co mówić pacjentom dopytującym o przyszłość oddziału. - Już na początku września wysłaliśmy do dyrekcji pismo z pytaniem o nasze dalsze losy. Odpowiedzi nie mamy do dziś. Wiemy tyle, ile dowiemy się z prasy. A przecież miasto potrzebuje łóżek dla chorych na choroby zakaźne. Gdy dojdzie na przykład do dużego zatrucia, to karetki będą wiozły 15 osób do Zielonej Góry? - zastanawia się lekarka.
    Dziś na jej oddziale jest 20 łóżek. Obłożenie wynosi około 50 proc. (to podobny wynik do średniej krajowej). Pacjentów jest więcej, niż zakłada umowa z Narodowym Funduszem Zdrowia. - To chyba najlepszy dowód, że jesteśmy potrzebni! - argumentuje doktor Śmiglak.
    Leszka Wyszyńskiego, który leczy się tu z różyczki, nie trzeba o tym przekonywać. - Bez tego oddziału tacy ludzie jak ja albo stracą fortunę na leczenie w innym mieście, albo zrezygnują z hospitalizacji. I wtedy zacznie się dramat - mówi.

    Niepotrzebne obawy

    Według Leszka Wakulicza, dyrektora szpitala, pacjenci ,,dramatyzują''. - Bo przecież nawet ja nie wiem, co będzie z tym oddziałem. Wyjaśni się to dopiero w styczniu. Ale skoro ludzie chcą się już dziś bać na zapas, to nie mogę im zabronić. Dla mnie na dziś nie ma tematu.
    Pytany przez nas, czy przy Dekerta ostaną się łóżka do leczenia chorych na choroby zakaźne, kwituje: - Leczenie nie zawsze musi odbywać się w szpitalu.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Nasze akcje

    Wideo